


To było wszystko.
Starannie zakręciłam włosy. Zrobiłam sobie paznokcie. Wskoczyłam w szmaragdowozieloną sukienkę, która, jak kiedyś powiedział, „rozświetlała moje oczy jak wiosna”. Przed wyjściem spojrzałam dwa razy w swoje odbicie.
Byłem gotowy na pierścionek.
Zamiast tego dostałem sygnał ostrzegawczy.
Kolacja początkowo przebiegła gładko. Wino lało się strumieniami. Ryan uśmiechał się częściej niż zwykle. Wyglądał na zrelaksowanego, wręcz podekscytowanego, jakby skrywał sekret głęboko w sercu.
Moje ręce drżały pod stołem.
Potem podano deser.
Kelner postawił przede mną nieskazitelnie biały talerz, obramowany złotem. Eleganckim, czekoladowym pismem widniał napis:
„Gratulacje z okazji awansu!”
Patrzyłem na to zdezorientowany.
Ponieważ nie dostałem awansu.
W rzeczywistości, zaledwie kilka tygodni wcześniej, pominięto mnie przy obsadzaniu stanowiska, na które pracowałem ponad rok – powierzono je człowiekowi, którego osobiście wyszkoliłem. Szepty w biurze sugerowały, że „wkrótce się ustatkuję” i będę „zbyt rozkojarzony”, by przewodzić.
Ryan wiedział o tym wszystkim.
A jednak odchylił się na krześle i uśmiechnął się.
„Pozytywne wibracje, kochanie” – powiedział lekko. „Po prostu manifestuję twój sukces”.
Coś we mnie stwardniało.
To nie była zachęta.
To była kpina przebrana za optymizm.