Dar na ganku
Późnosierpniowe powietrze wisiało ciężko nad naszą cichą podmiejską ulicą, lepkie i na tyle ciepłe, że cykady wydawały odgłosy, jakby wierciły w nocy. Właśnie skończyłam wycierać blaty kuchenne po kolacji, kiedy usłyszałam stłumiony szloch za naszymi drzwiami wejściowymi.
Nie ciche pochlipywanie kogoś zdenerwowanego. Nie kilka łez.
Rodzaj płaczu, który pochodzi z samego dna duszy człowieka, gdy coś w nim pękło i nie potrafi się pozbierać.
Zajrzałam przez okno w kuchni i zobaczyłam Sarę z sąsiedztwa. W ósmym miesiącu ciąży, z rękami pod brzuchem, oparta o balustradę ganku, drżąca, jakby samo drewno trzymało ją w pionie.
Dwa dni wcześniej jej narzeczony, Mark, się wyprowadził. Bez kłótni. Bez wyjaśnień. Tylko krótka wiadomość i pusty dom – jego część szafy zniknęła, jego kosmetyki zniknęły, połowa ich wspólnego życia legła w gruzach.
Tom, siedzący za mną przy stole w jadalni, ledwo oderwał wzrok od telefonu. Kiedy to zrobił, mruknął z irytacją: „Och, na litość boską. Niektóre kobiety rodzą się, by być ciężarem. Ona musi się ogarnąć”.
Jego słowa uderzyły mnie jak policzek. Tom nazwał to „praktycznym”. Zaczynałem dostrzegać w tym coś o wiele brzydszego: brak uczuć, brak troski.
