Wtedy naszym oczom ukazał się dom.
A moje ciało zrobiło się zimne.
Biała elewacja była poplamiona na czarno, jakby ktoś rozciągnął po niej dym rękami. Okna były rozbite. Szkło rozsypało się po podwórku niczym ostre konfetti. Część dachu się zawaliła, a belki stropowe wystawały niczym połamane kości.
Wjechałem na podjazd i po prostu siedziałem tam jak sparaliżowany, wpatrując się w to, co kiedyś było moim dzieciństwem.
Moje serce na początku nie biło szybciej. Zatrzymało się – jakby nie wiedziało, jak poradzić sobie z tym, co widziałam.
Wysiadłem z samochodu, choć nogi wydawały się obce moim, i poszedłem w stronę ganku.
Schody były zwęglone i częściowo zawalone. Drewniane krzesło dziadka – jego krzesło – zniknęło.
A potem uderzył mnie zapach. Popiołu. Spalonego drewna. Czegoś metalicznego pod spodem, co ścisnęło mi gardło, jakby moje ciało wiedziało, zanim zdążył to zrobić mój mózg, że stało się tu coś strasznego.
„Dziadku?” – zawołałem łamiącym się głosem. „Dziadku, jesteś tu?”
Odpowiedział tylko wiatr, gwiżdżąc przez potłuczone szkło.
Drzwi wejściowe były otwarte, skręcone w zawiasach. Podszedłem bliżej, próbując zajrzeć do środka, a zniszczenia mnie powaliły. Dom nie wyglądał na opuszczony. Wyglądał… na zbezczeszczony.
„Dziadku!” krzyknąłem, w końcu ogarnęła mnie panika. „Gdzie jesteś?”
Nic.
Wtedy ktoś dotknął mojego ramienia — delikatnie, ale na tyle stanowczo, by nie dopuścić, bym się potknął.
Obróciłem się tak szybko, że prawie straciłem równowagę.
„Spokojnie, synu” – powiedział spokojny głos.
Pani Harlow. Sąsiadka dziadka.
Wyglądała starzej, niż ją zapamiętałem. Włosy miała teraz zupełnie białe, ale jej oczy były takie same — życzliwe, spokojne i wystarczająco bystre, by przejrzeć mnie na wylot.
„Pani Harlow” – wykrztusiłam. „Co się stało? Gdzie jest dziadek? Czy on…”
„On żyje” – powiedziała szybko, jakby widziała, jak strach próbuje mnie pochłonąć. „Ale nie wiedziałeś, prawda? O pożarze”.
Po prostu patrzyłem na nią, a słowa utknęły mi gdzieś za żebrami.
„To było trzy miesiące temu” – kontynuowała cicho. „Chyba elektryka. Zaczęło się w kuchni późno w nocy. Twój dziadek… o mało nie uciekł”.
Kolana mi zmiękły.
„Ale on jest cały?” – zapytałam drżącym głosem. „Naprawdę jest cały?”